Do niedawna byłem zawziętym wyznawcą mostów typu tune-o-matic. Przyzwyczaiłem się do nich, bo w każdej kolejnej gitarze, która stawała się tą pierwszą był właśnie on. Szukając rozwiązań w temacie TOMów, bardzo ciężko znaleźć coś sensownego. Jeszcze przy sześcio-strunówkach owszem, znajdziemy coś od Gotoha, Klusona, Gibsona czy gdzieś tam nawet Schallera. Ale gdy zaczniemy szukać czegoś do siódemki, naszym oczom ukazuje się Sung-Il i…

Co jest takiego wspaniałego w tym moście? Właściwie nic. Budową nie różni się od Sung-Ila oprócz dwóch śrub imbusowych, które blokują nam most na trzpieniach. Dzięki temu podczas zmiany strun, most nam nie wypadnie. Czy to tak ważna sprawa, żeby wydać na nią te dwie stówki? Szczerze Wam powiem – nie wiem. Jeżeli stawiam jakąś gitarę za główną – muszę ja odpicować w każdym calu, żeby nie zawiodła mnie na próbie, na koncercie czy nawet w domu przy nagrywaniu. Stąd stawiam na blokowane klucze, dobre potencjometry czy markowy osprzęt w postaci ToneProsa.
Czy po wymianie mostu usłyszałem poprawę brzmienia?
Nie będę kłamał – nie usłyszałem. Można poczytać w internetach, że zablokowany most lepiej przenosi drgania strun na korpus. I zdrowy rozsądek podpowiada nam to samo. Możliwe, że miało to jakiś wpływ na wybrzmiewanie wiosła, niestety nie byłem w stanie tego zmierzyć.
Osobiście zdecydowanie bardziej ufam dobrym, sprawdzonym rozwiązaniom. Kiedyś znalazłem w sieci zdjęcie TOMa wygiętego w drugą stronę. Zapewne był to Sung-Il. Prawdopodobnie trafiła się jakaś felerna sztuka, ale jednak, po co męczyć sobie głowę?

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.