Roku pańskiego 2008 kończąc przygodę ze studiami w trybie dziennym, dzielny student elektroniki rozpoczął poszukiwania pracy, aby zarobić na opłacenie czesnego. Jego kroki skierowane były w stronę sklepów muzycznych, gdyż w dziale gitar czuł się jak w domu. Po wizycie w czterech wrocławskich straganych muzycznych i dwóch rozmowach kwalifikacyjnych, jeden z nich zdecydował się na przyjęcie studenta – gitarzysty na dział… Instrumentów klawiszowych i oświetlenia. Mindfuck? To delikatnie powiedziane.

Po dwóch tygodniach tej nierównej walki zostałem zwolniony, w zasadzie nie wiem dlaczego. Pewnie za polecanie używanych sprzętów, zamiast tych ze sklepu. Kierownikowi pewnie nie podobało się też, że chciałem ograć jakąś gitarę bądź kość. Bo przecież pracownik nie musi wiedzieć jak co gra, ma to sprzedać.

Minęło kilka lat, czasy się zmieniły, na półkach dużo więcej sprzętu tego taniego jak i droższego. Jak wygląda praca w sklepie muzycznym? Zapytam o to dzisiaj Andrzeja*, który sprzedaje, obsługuje i serwisuje wiosła.

Ile razy dziennie słyszysz „Stairway to Heaven” i „Nothing Else Matters”?

To w sumie mit. Wbrew pozorom słyszę to bardzo rzadko. Znacznie częściej jest to krzywy i nieudolny „Master Of Puppets” młodych adeptów metalu lub – grane przez bardziej ambitnych gitarzystów – koślawe „Tears In Heaven”. Jednak to mimo wszystko rzadkie przypadki. To dlatego, że gitary przeważnie kupują osoby, które szukają czegoś całkowicie na początek i nie miały żadnej styczności z instrumentem. Więc jest samo „przymierzanie” gitar i uderzanie pustych strun. W niewielu przypadkach jakieś pierwsze akordy i tyle. Chyba lepsze to niż granie weselnych przyśpiewek na drogich keyboardach… Po droższe gitary i sprzęty około-gitarowe i tak przychodzi bardzo niewielu klientów, a tacy grają swoje riffy i bardziej skomplikowany repertuar.

źródło: polki.pl

źródło: polki.pl

A jak wygląda sytuacja z testowaniem sprzętu przez personel? Masz okazję sprawdzić coś, zanim sprzedasz?

Oczywiście. Jeżeli jest mały ruch to droga wolna – możesz grać wszystko i na wszystkim. Jest tylko jedno małe „ale”. Musi ci się jeszcze chcieć. Mi po tylu latach już chce się rzygać od patrzenia na gitary i inne sprzęty. Zamiast odpalać lampę wolę sobie poplumkać na jakimś Kjubie albo nawet pograć smęty na pianinie cyfrowym. Wiadomo, że jak na sklep wjeżdża coś fajnego i jest czas, to od razu obczaja się nową gitarę/efekt/wzmacniacz/etc., ale wszystko ma swoje granice. No i to też zależy od personelu – ja trafiłem na w miarę spoko załogę i dogadujemy się na tyle, że możemy sobie na takie rzeczy pozwolić. Co by nie mówić – mimo wszystko taka praca daje wiele możliwości rozwoju, jeżeli chodzi o grę na innych instrumentach.

A wiesz co mnie najbardziej irytuje? Niekompetencja pracowników. Pytam o wtyki jack, a dostaję odpowiedź, że w dzisiejszych czasach się nie lutuje kabli. I wiele innych ciekawostek. Skąd to się bierze? Sprzedawcy z przypadku? Jak w Tesco?

Niestety odpowiedź na to jest bardzo prosta – takie coś się nie opłaca i nie możesz mieć w sklepie wszystkiego. Bo ilu takich klientów się trafia? Jeden na miesiąc? Milion razy bardziej opłaca się sprzedać kupę sztuk gównianych kabli Fendera za 30 zł niż mieć pierdyliard końcówek, kabli, przejściówek i innych pierdół, które sprzedasz raz na ruski rok i potem zalegają. Od takich rzeczy są bardziej specjalistyczne sklepy – ale niestety to głównie internetówka. Jeżeli potrzebujesz czegoś na szybko i na miejscu – no to cóż – musisz zadowolić się byle czym. [Chociaż mamy w sklepie np. Klotza na wtykach Amphenola (tańsze) albo Neutrikach (droższe), ale strasznie rzadko ktoś o to pyta i w ogóle kupuje. Jak już to albo jest nadziany i nie ma o niczym pojęcia, albo mu to wciskasz, bo wiesz, że i tak kupi. Smutna prawda. Głównie sprzedajesz „tani kabel gitarowy” i analogicznie inne towary.]

A niekompetencja? Nie ma bata, żebyś wiedział wszystko. Musisz znać się na gitarach, klawiszach, oświetleniu, perkusjach, kontrolerach MIDI, fletach, kablach, skrzypcach, mikserach, nagłośnieniu, nagrywaniu, pokrowcach, strunach… I jeszcze na milionie innych rzeczy. Przy okazji masz też posprzątać cały sklep, ogarnąć sprawy księgowe, rozładować dwie palety dostaw, odbierać telefony i cholera wie co jeszcze. Dla klienta masz znacznie mniej czasu, niż powinieneś…

Dlatego niestety w niektórych dziedzinach siłą rzeczy jesteś totalnym ignorantem i kompletnie się na tym nie znasz. Możesz jedynie polecić najpopularniejszy obecnie produkt i doradzić coś, co się dobrze sprzedaje/aktualnie masz pod ręką/odesłać do sklepu internetowego albo ewidentnie wcisnąć kit, żeby coś po prostu sprzedać.

Co do sprzedawców z przypadku to jest w tym trochę racji, dlatego nierzadko trafiasz na gościa, który po prostu umie coś tam zagrać na gitarze/klawiszach i nie ma pojęcia o niczym innym…

źródło: http://blog.dafi.pl/

źródło: http://blog.dafi.pl/

To jakie wymagania trzeba spełnić, żeby zostać pracownikiem sklepu muzycznego?

Wszystko zależy od sklepu, ale na dobrą sprawę nie musisz nawet umieć na niczym grać. Wymagane jest przede wszystkim jako-takie ogarnięcie w… handlu. Bo na dobrą sprawę sklep muzyczny to standardowy sklep, tylko towar inny i specyficzna klientela. Całej reszty nauczysz się w trakcie. Oczywiście dobrze umieć na czymś grać, żeby móc poprawnie zaprezentować chociaż jakiś instrument klientowi. Warto też mieć nawet znikome pojęcie o samej muzyce i sprzęcie wykorzystywanym w konkretnych sytuacjach – nawet proste rzeczy typu różnica między akustykiem a klasykiem, tudzież między mikrofonem dynamicznym a pojemnościowym.

Zmieńmy trochę temat. Co, pomijając struny i kostki, schodzi najbardziej? O co najczęściej pytają gitarzyści, jakie gitary, modele. Macie jakiś Top Ten?

Bardziej zaawansowani gitarzyści częściej przychodzą po prostu pogadać i potestować jakiś konkretny sprzęt – można sobie podyskutować i wymienić się poglądami. Z kupowaniem jest gorzej, bo w końcu ilu na świecie jest gitarzystów, którzy potrzebują nowej gitary i wzmaka?

Natomiast „gitarzyści” najczęściej pytają o Gibsony, Fendery i wzmacniacze lampowe. Takie stereotypy gdzieś tam w głowach się zakorzeniły, że te rzeczy są najlepsze i tyle – z takimi nie podyskutujesz.

Przy okazji może wyjaśnij skąd się bierze standardowa odpowiedź numer 1: „Nie mamy na stanie, możemy zamówić.”, mimo że towar widnieje jako dostępny?

W sumie tak jak mówiłem wcześniej: nie możesz mieć wszystkiego. Wyobraź sobie, że masz w sklepie każdy model gitary każdej firmy – od najniższej do najwyższej półki. Tak samo ze sprzętami z innych dziedzin. Gdzie tak jest? W Thomanie? Gdzieś w USA? No niestety – raz, że jesteśmy w Polsce. Dwa – mamy ograniczoną powierzchnie sklepową. Trzy – każdy dystrybutor ma inne marki i nie każdy dystrybutor posiada aktualnie na stanie/chce ci sprzedać konkretny sprzęt. I się robią schody. Do tego każdy chce zarobić – nic nie poradzisz.

Też się wk*rwiam w spożywczaku, że akurat nie ma konkretnej marki chipsów w moim ulubionym smaku, ale nikogo o to nie cisnę i nie pytam pani w kasie, kiedy mi to sprowadzą. Trochę wyrozumiałości i zdrowego rozsądku – bo w sumie to bardzo podobna sytuacja.

A nawet jak już sprostasz potrzebom klientów i masz to, o co pytają – to jak na złość nikt już tego nie chce kupić…

Bez ogródek: Najgorszy klient?

Ciężko wybrać jednego konkretnego, bo takich jest całkiem sporo, a o większości na szczęście zapominasz. Są klienci dziwni, brudni, chamscy, głupi itd. Ale chyba najgorszy klient to taki, który przychodzi milion razy pytać o konkretny sprzęt, sprawdza go wielokrotnie, truje dupę, a potem kupuje trochę taniej gdzie indziej albo używkę. Potem jeszcze przychodzi pytać czy damy mu instrukcję obsługi po polsku albo żebyśmy mu pomogli coś ustawić/naprawić. Brak słów.

***

No i standardowo klient typu „rabat musi być”. Nawet na struny za trzy dychy. Dasz dwa złote to źle i mało. A przecież on jest stałym klientem, bo kupił dwa lata temu gitarę za 300 zł albo trzy miesiące temu jakieś struny. Koszmar.

Albo jakieś dziadki. Pytają o akordeony przeważnie. Akurat nie mamy, to mówimy, że możemy zamówić taki i taki model, za tyle i tyle. Przedstawiasz dane techniczne, opowiadasz o tym i o tamtym, produkujesz się przez długi czas, podajesz cenę, czas sprowadzenia, przedstawiasz ofertę. A potem słyszysz: „ano bo ja mam taki stary tej firmy, nieużywany, no i chcę sprzedać – ile mogę zawołać?”. Koszmar.

Poza tym codzienne zmagania z klientami, którzy chcą zwykłe struny do zwykłej gitary/do pudła, w normalnym rozmiarze. Wiadomo – można się nie znać – ale jednak jak masz kilku takich dzień w dzień, to się odechciewa.

Klienci nieumiejący czytać napisów „gitary podaje sprzedawca” też denerwują. Ściągają akustyki, wszystko o siebie obijają, no i jeszcze mają pretensje, jak zwrócisz uwagę. A to przecież nie market.

Pytań z kosmosu też nie brakuje. Są czyste płyty sidi? Walkmany? Pendrajwy? Naszywki ze Slejerem? Gdzie najbliższy fryzjer?

źródło: memytutaj.pl

źródło: memytutaj.pl

Na koniec. Czego życzysz sobie, jako sprzedawcy i klientowi zarazem?

Żeby wszystko było zawsze na stanie i z rabatami! No i żeby wszystkich było na to stać – wtedy na pewno zarówno sprzedawcy jak i kupujący będą mieli lepsze samopoczucia.

Dzięki za rozmowę!

Również dziękuję. Miłego dnia życzę i zapraszam na ponowne zakupy!

Sprzedawca do samego końca!

A jakie są Wasze spostrzeżenia z zakupów w sklepach muzycznych? Kontakt z sprzedawcą, możliwość ogrania sprzętu? Rozmowa? Podejście do klienta? Z chęcią poznam Wasze zdanie.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.