Swoją przygodę z gitarą zaczynałem stosunkowo późno. Rzuciłem się od razu na gitarę elektryczną, gdyż była mi ona potrzebna przede wszystkim do nagrywania. Tworzyłem wówczas muzykę z pogranicza industrial metalu, więc elektryk był jedynym instrumentem, który najtrudniej było „zasymulować”. Z całą resztą komputer spokojnie dawał sobie radę.


Nie miałem wtedy pojęcia o samym działaniu gitary elektrycznej i wzmacniaczach, nie wspominając o generowaniu konkretnego brzmienia i technikach rejestracji śladów. Radziłem sobie jak umiałem na sprzęcie, który był tani i raczej dzisiaj nikt nie polecił by go nagrywania. Z racji braku interfejsu audio podłączałem gitarę bezpośrednio do zintegrowanej karty dźwiękowej w starym PC, zatem walka z latencją była dosyć trudna. Drugą sprawą był poziom szumów na wejściu, który uniemożliwiał granie na kanale czystym. Miałem za to w gratisie TSa na wejściu i przestery wychodziły całkiem znośne – przynajmniej w moim mniemaniu.

Mimo wszystkich braków sprzętowych miałem wciąż masę pomysłów, nagrywałem co mi przychodziło do głowy i przede wszystkim chciało mi się grać. Później zacząłem odwiedzać fora internetowe, coraz bardziej interesowałem się sprzętem, technikami nagrywania, oprogramowaniem – kupowałem, zmieniałem, czytałem… No i w mgnieniu oka stałem się „kanapowym grajkiem”, który granie i tworzenie odsunął gdzieś na dalszy plan. Smutne, ale prawdziwe.

Dzisiaj mam gitarę z sensownej półki, interfejs audio, monitory studyjne i komputer, który jest w stanie uciągnąć aktualne oprogramowanie do nagrywania i tworzenia muzyki. Kiedyś musiałem kombinować, żeby osiągnąć zamierzone efekty, robiłem wszystko metodą prób i błędów, PC ciężko to wszystko znosił. Sam stopniowo dochodziłem do konkretnego brzmienia. Aktualnie wszystko mam w internecie, jednak pomysłów i zapału do gry jest znacznie mniej, niż w przeszłości. Riffy rejestruję rzadko, po gitarę sięgam jeszcze rzadziej, weny praktycznie nie posiadam – jak do tego doszło? Kreatywności zero, a miałem przecież być gwiazdą…

Mówiąc krótko: dobry sprzęt, solidny instrument, rozwój oprogramowania i technologii – to wszystko praktycznie w żadnym stopniu nie wpłynęło na moją kreatywność i nie sprawiło, że tworzę lepszą muzykę.

Czy Wy, drodzy Czytelnicy – też tak macie? Czy gdzieś w pogoni za sprzętem nie zgubiliście przypadkiem siebie i własnej twórczości?

PS. Tak brzmiałem jakieś 6 lat temu. Gitara za około 400 zł i zintegrowana karta dźwiękowa. Dzisiaj chyba bym tak nawet nie zagrał.


O autorze

Z wykształcenia kulturoznawca i dziennikarz. Na co dzień sprzedawca w muzycznym i kanapowy grajek.