Zanim zacząłem pisać ten artykuł, wrzuciłem na FB zdjęcie stoperów i pojawiły się słowa dotyczący niszczenia „soku”, który wydobywa się z głośników tymi właśnie zatyczkami. Zrodziło się więc w mojej głowie pytanie, czy w ogóle potrzebna jest ta notka, ale stwierdziłem, że tak. Wydaje mi się, że warto poświęcić trochę soku, żeby w wieku 50 lat dalej słyszeć, dalej grać i obchodzić się bez aparatu słuchowego. Oczywiście jest to moje zdanie, jeżeli ktoś się bada i po 10 latach srogiego napierdzielu dalej ma słuch doskonały – tylko się cieszyć. U mnie, mimo że od lat używam ochrony słuchu, czy to na próbach, czy w pracy, pojawiają się pewne oznaki, że już nie jest tak dobrze jak być powinno. Mimo, że badania wychodzą cały czas na odpowiednim poziomie.
No to jadziem!
Najprostszy i najtańszy sposób. Stopery, zatyczki, jak zwał tak zwał. Dostępne w każdej fabryce na tony, w każdej aptece można kupić komplet za 1 zł, a w sieci pewnie jeszcze taniej. Oprócz standardowych piankowych, możemy znaleźć „woskowane”, według mnie dość nieprzyjemne w użytkowaniu. Tak dawno z nimi nie grałem, że nie pamiętam jak mocno tną pasma. Na pewno mocno.
„Choinki.” Na co dzień używam ich w pracy. W użytkowaniu sprawdzają się dużo lepiej niż pianki, łatwiej tez utrzymać je w optymalnym stanie higieny. Myślę, że tną mniej niż pianki, ale też jest w nich trochę „głośniej”. Można się w nich spokojnie porozumiewać z drugą osobą.
Peltory. Używane przez operatorów maszyn ciężkich, na lotniskach i w wielu innych miejscach, gdzie hałas przekracza wszelkie normy. Często gęsto spotkamy je również na uszach perkusistów, którzy chowają pod nimi słuchawki dokanałowe. Osobiście nie polecam tego rozwiązania, dość mocno męczą się w nich uszy i zdecydowanie grzeją naszą czaszkę. Słuchawki wycinają wszystko prócz dołu, co objawia się sporym dudnieniem. Pewnie dlatego upodobali je sobie perkusiści.
Czas najwyższy przejść do ludzkich rozwiązań. A są nimi stopery muzyczne. Dostępne w sieci w cenach różnych, te najtańsze w okolicach 60 zł, te lepsze 100 i więcej. Co nam dają? W teorii przyciszają dźwięk praktycznie równomiernie w pełnym paśmie. Pozwala nam to na swobodne granie i cieszenie się swoim brzmieniem. W praktyce nie jest tak dobrze jak podaje producent (może w najdroższych modelach jest), brzmienie nie jest super ekstra idealne, ale słychać w miarę sensownie.
Kolejne rozwiązanie. Słuchawki dokanałowe, odsłuch osobisty i tak dalej. Wymaga to jednak większego poświęcenia dla zespołu, przede wszystkim pieniędzy. Najprostszym sposobem jest inwestycja w mikrofon pojemnościowy (a może i dwa), do tego mikser, wzmacniacz słuchawkowy, no i słuchawki. Ostrzegam – nie testowałem nigdy takiego rozwiązania więc nie powiem Wam jak na 100 procent je zrealizować. Po prostu musicie się nagłośnić, najłatwiej jednym/dwoma mikrofonami (wypadałoby użyć osobnego majka dla wokalu), następnie wysłać ten sygnał z miksera do Waszych słuchawek. Trzeba by tu poszukać optymalnego ustawienia mikrofonów, pamiętać należy również, żeby na wyjściu zapięty był limiter, który ochroni Wasze uszy w razie nieprzewidzianych sprzężeń.
Można to tez uczynić w sposób totalnie profesjonalny, czyli pełne nagłośnienie gitar, bębnów, do tego porządny mikser, czy też interface audio z kilkoma wejściami i wyjściami, odsłuchy bezprzewodowe itd. Niestety są to rozwiązania mocno kosztowe, ale za to bardzo wygodne. Obniżając koszty, możemy korzystać z interface’ów cyfrowych, które pozwalają na wyeliminowanie wzmacniaczy, kolumn i mikrofonów.
Uszy i dłonie gitarzysty to to, dzięki czemu możemy grać. W związku z tym powinniśmy dbać o te dwie części naszego ciała jak najlepiej, bo bez nich i inne mogą nie mieć tyle okazji do roboty, co powinny mieć.

Tym wesołym żarcikiem kończę na dziś. Dbajcie o swoje uszy.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.