Doszły mnie dzisiaj słuchy, że na pewnej giełdzie fejszbukowej, ktoś sprzedaje doskonałe przetworniki z angielskiej manufaktury Bare Knuckle Pickups. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby w treści ogłoszenia nie napisał, że są tak mega hiper zajebiste, że przebijają wszystkie DiMarzio i Seymour Duncany i żaden z pickupów tej firmy się do nich nie umywa (oczywiście trochę ubarwiłem, bo nie będę cytował). Czy tak jest w istocie? Czy jak zapłacimy 500 zł za przetwornik to zagra dziesięć razy lepiej niż ten za 200 zł?

Czym jest przetwornik? To owinięty drutem magnes z z widocznymi nadbiegunnikami, opakowany najczęściej w plastikową obudowę. Zasadniczo jest to chyba najważniejszy element gitary, bo to on wyłapuje drgania naszych strun i wysyła do wzmacniacza. Wymieniając przetwornik na inny, możemy diametralnie zmienić brzmienie naszego instrumentu.

Czyli co, wszyscy wchodzimy na stronę BKP i zamawiamy jutro skalibrowany set przetworników do swoich ślicznotek, bo Seymoury grają beznadziejnie i 10 razy gorzej? Nie dajmy się zwariować drodzy czytelnicy. Dlaczego BKP są taki drogie? Bo to jak już kiedyś wspominałem, dobro luksusowe. Produkowane przez małą grupę ludzi, gdzieś w zapomnianej angielskiej wiosce. Do tego ręczna robota, śliczne kartonowe pudełeczko i podkładka pod piwo. Super. Lubię to, ale podkładkę pod kufelek mam w domu, a kartonik mogę sobie wyciąć.

Czy zakup przetwornika za milion kredytków sprawi, że sound na próbie i na nagraniu będzie super? Nie. Choćby to był Regius na Blackhawkach, to i tak zabrzmimy jak kupa grając krzywo i brudno. Żaden pickup nie zrobi za nas roboty, nie będzie ćwiczył dwóch godzin dziennie i nie nagra za nas płyty. Ale owszem, pomoże nam dokręcić brzmienie, zbliżyć się do ideału – i to wszystko.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.