Na ostatniej próbie wzięło mnie na rozmyślania podczas kolejnego odgrywania numerów i ćwiczenia najgorszych patentów. Ostatnio pozbyłem się wszystkich gitar i „trenuję” na pożyczonej Agile, która nie do końca odpowiada mi manualnie, dość gruby i szeroki gryf skutecznie utrudnia życie. Gram już na niej któryś tydzień z rzędu i zacząłem się zastanawiać jak bardzo wpływa to na moją grę.

Ponowne spotkanie z tą gitarą było ciężkie, set strun kończył się na .068, akcja dość wysoko ustawiona – wszystko to, czego nie lubię. Nie pozostało nic innego jak założyć set .009 – .060, ustawić menzurę i zdecydowanie obniżyć akcję do minimum. Ostało się na 1mm – 1,2mm, co jest dla mnie optymalnym standardem.

Jeżeli sięgnę pamięcią nie tak daleko wstecz, to przypominając sobie gryf LTD SC607b, wcale nie był dużo cieńszy i węższy. Miał jednak inny profil oraz most tune-o-matic, który „zwęził” rozstaw strun.

Po przyzwyczajeniu się do wiosła, pełnej regulacji i odgrywania godzinami zagrywek Nabuchodonosora stwierdzam, że… Przyzwyczaiłem się. Jeżeli miałbym spędzić z tym wiosłem całe życie – jakoś bym to przeżył.

Tak jak chyba większość gitarzystów w Polsce, zaczynałem na Defilu (z resztą mieszkam w mieście, gdzie te cudowne instrumenty były produkowane), którego rozmiary były kosmiczne, a wysokość strun dochodziła do 2cm. Siła woli i chęć gry nie pozwoliły mi się zniechęcić i nauczyłem się na nim grać nawet akordy barre’owe.
Jaki z tego morał? Nasze zdolności adaptacyjne są nieskończone. Tak naprawdę ani gruby, ani gryf o szerokości lotniskowca, nie jest w stanie przeszkodzić nam w graniu, jeżeli tylko chcemy to robić. Myślę, że warto o tym pamiętać i zamiast myśleć nad kolejną zmianą – przyłożyć się więcej do ćwiczeń.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.