Zadałem sobie to pytanie niedawno i w sumie wyszło 6, a dlaczego?

Pierwsze granie to jak większości klasyk. Później przyszła kolej na elektryka, nauka tłumienia, PMów i innych wariatów. Szło mi to w miarę szybko, bo struny w Defilu na wysokości 1 cm mocno wyćwiczyły niedoświadczone palce. Później była jedna kapela, następnie druga na tym samym poziomie, w końcu przyszedł czas na HOA i tak oto po raz trzeci uczyłem się grać. Nawet nie była to kwestia zwiększenia gainu, ale samej techniki grania. Okazało się że trzeba napie*dalać w struny, żeby wyciągnąć jak najlepsze brzmienie, do tego PMować jak najbliżej mostka żeby było mega dużo szatana etc, Ćwiczyłem wtedy dużo i ostro, w końcu przyszedł czas na studio i znowu wyszło, że czas uczyć się grać, krzywo, nierówno, pełno przydźwięków, pisków, dupisków.

No to jadziem od nowa, nauka tłumienia, nagrywanie… Następnie nadeszła rewolucja cyfrowa i zmiana strun na miękkie. Trzeba było dopasować siły uderzenia, żeby wszystko zabrzmiało podobnie. Zaczęły się problemy z ręcyma które źle ułożone bolały podczas grania. Ile to juz razy wychodzi? 5?
Nadszedł czas na siódemkę, w sumie mija już prawie 2 lata odkąd na niej gram, adopiero teraz zacząłem kumać o co chodzi w graniu na tym instrumencie, a w szczególności w takiej muzyce. Okazuje się, że walenie w struny z całej siły już jest niepotrzebne, a wręcz przeszkadza (odstrojenia), do tego PMki w szybkich zagrywkach najlepiej wychodzą daleko od mostka bo jest selektywniej, podobnie z tłumieniem strun.

6 raz uczę się grać na gitarze i pewnie niedługo się okaże, że nie ostatni…

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.