Jakiś czas temu na fejs-zbukowy fanpejdż wrzuciłem świeżutki model ESP LTD MH417b, piękny, czarny siedmiostrunowy bartyton. Wszystko byłoby super w moim mniemaniu, gdyby nie odległość potencjometra głośności od strun. Wypowiedziałem się w temacie dość dobitnie, co  zaowocowało delikatnym „shitstormem” okołotematycznym. Niektóre komentarze rozbawiały mnie sakramentalnie więc postanowiłem powiązać owe wydarzenie z kilkoma innymi sprawami, mianowicie z…

kanapowymi wyjadaczami.
Oto ta gitara z tegorocznej barytonowej serii. Jedna z wielu obok V-ki i singlecuta. Prezentuje się całkiem nieźle (tylko dlaczego znowu czarna?), specyfikacja miodzio, więc jest na co czekać i co oglądać, ale jak w każdej „córce” Horizona, potencjometr mnie boli:
Moja pierwsza gitara elektryczna, mianowicie Flame Bell, miała podobny problem:
To są zaprzeszłe czasy, ale mimo wszystko pamiętam, że przeszkadzało i utrudniało granie. Ostatnio wdała mi się we znaki Agile:
Odległość teoretycznie większa, ale… Miałem do nagrania (w sumie dalej mam, bo nie nagrałem) pewną partię, w której tłumienie odgrywa dużą rolę i jest dość specyficzne. W związku z tym, moja ręka co rusz tłumiła struny, a mały paluch ucieka mi dość mocno na dół. Przy którymś z kolei „take’u” słyszę, że coś nie gra, mało gainu i w ogóle kupa. Oczywiście potencjometr się skręcił. Nastąpiło wielkie FUCK i na tym nagrywanie się skończyło.
Do czego zmierzam. Pojawiły się głosy, że łatwo się robi swelle, udaje skrzypce etc. No dobra. W stracie. Ale w barytonowej siódemce? Pierwsza rzecz jaka przychodzi komuś do głowy po kupnie gitary z EMG to udawanie skrzypiec? R’ly?
Następnie przeczytamy, że można się przyzwyczaić. No można. Do jeżdżenia dieslem też można, ale do wymiany pompo-wtrysków już nie do końca.
Kolejny głos w dyskusji odpowiada, że marudzę. Że to W OGÓLE NIE PRZESZKADZA, podobnie jak ŚRODKOWY PICKUP o który się można zahaczyć podczas grania – problem nie istnieje.
Nie ustosunkowałem się wtedy do tych wypowiedzi, ale teraz to zrobię, oto moja odpowiedź:
Kanapowcy. Kanapowi wyjadacze, którzy siedzą przed kompem i testują sprzęty na jutubie. Kupują gitary za kupę siana, żeby wrzucić na fejszbuka i pokazać kolegom. Nigdy nie zagrali koncertu, nie skomponowali i nie nagrali numeru w całości, nie wspominając o wizycie w studio – nawet tym amatorskim, w cenie 15 zł za godzinę. Mądrości przesyłane przez takich „wyjadaczy” zalewają nam internety i tworzą setki bzdurnych mitów, takich jak: „trzymanie gitary bez strun połamie gryf”, czy czekanie 12 godzin po regulacji gryfu aby się ustabilizował. BULLSHIT.  Jedno wielkie farfoclenie (nie będę tego brzydko nazywał, bo pewnie zdarzają się niepełnoletni czytelnicy). Nie wspominając o tym, że część z nich grać to średnio potrafi, a zdarzają się przypadki, że i słuchu to to kanapowe coś za bardzo nie ma.
Jaki z tego morał? Nie znam się, to się wypowiem, klasyka polskiego internetu*! Tym pozytywnym akcentem kończę i pozdrawiam z kanapy, właśnie odpalam pierwszy odcinek trzeciego sezonu Hannibala.
*Post ten jest napisany z lekkim przymrużeniem oka, więc proszę nie brać go mocno do siebie.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.