10 000 Days [2006] to piąte studyjne wydawnictwo zespołu Tool (nie licząc DVD/VHS Salival wydanej w 2000 roku zawierającej utwory z koncertów i komplet teledysków). Czekałem na nie długo, bo całe 5 lat i na szczęście nie zawiodłem się.

Już sama okładka to dzieło sztuki. Nie jest to tradycyjne plastikowe opakowanie z kartonikiem w środku, lecz digipack, na wierzchu którego znajdujemy dwa okrągłe szkiełka przypominające okulary. Otwieramy pudełko i naszym oczom ukazuje się książeczka, którą możemy oglądać przez te właśnie okulary i tym sposobem staje się ona trójwymiarowa. Znajdziemy w niej spis utworów, obrazy Alexa Greya oraz zdjęcia członków zespołu w dość okultystycznych sytuacjach, jak to mają w zwyczaju. Nie zabrakło też prac Adama Jonesa, gitarzysty grupy.

Album został nagrany i zmiksowany przez Joe Baressi’ego, a zaproszeni goście to Lustmord i Bill McConnell. A teraz do rzeczy…

Płytę rozpoczyna znany już wcześniej z radia, singlowy kawałek „Vicarious”. Psychodeliczny wstęp, bas z harmonizerem i gitara na lekkim delayu, a zaraz potem dynamiczny, połamany riff w metrum 5/4. Tool żyje i ma się dobrze! Tekst utworu traktuje o zgubnym wpływie telewizji na ludzi i świat. Temat znany właściwie wszystkim.

Następnym utworem jest Jambi. Po przewertowaniu sieci, okazało się, że to postać ze znanej w latach ’80 amerykańskiej bajki „Pee-wee’s Playhouse”. Jambi to dżin, który pojawiał się po wypowiedzeniu słowa „wish”, następnie kazał za sobą powtarzać zaklęcie w języku dżinów, jeżeli próba się powiodła, spełniał życzenie. Sam utwór nawiązuje dynamiką do twórczości szwedzkiego metalowego zespołu Meshuggah, z którym Tool koncertował ponad 2 lata. Całość oparta jest na prostym, kostkowanym riffie, głębokich powtarzanych partiach basowych i przesterowanym głosie wokalisty. Zaskoczeniem może być solo, które zostało wykonane za pomocą talk-boxa. Jest to efekt gitarowy, którego brzmienie modeluje się za pomocą jamy ustnej. Działa ona wtedy jak komora rezonansowa, której objętość zmieniamy otwierając i zamykając usta.

Kolejne dwa utwory to Wings For Marie i tytułowe 10 000 Days (Wings pt. II). Jest to w sumie jeden utwór podzielony na dwie części o długości około 18 minut. Opowiada on o chorobie matki wokalisty, która walczyła z nią przez 10 000 dni, czyli długie 28 lat. Całość utrzymana jest w mrocznej atmosferze, czuć lekki niepokój, burza stworzona przez Lustmorda dodaje tajemniczej aury i szczypty grozy. Całość oparta jest na lekko pulsującym basie, dla którego tło stanowi gitara. Zwieńczenie obu części jest mocne, melodyjne z szybkimi przejściami perkusyjnymi.

The Pot – szybki, połamany bas, podparty prostym riffem gitarowym, to podstawa tego utworu. The Pot jest bardzo melodyjny, instrumentalnie dość skomplikowany. Jednak wpada w ucho i to bardzo mocno. Świadczy o tym fanowskie video, które tak spodobało się muzykom, że umieścili je na swojej stronie internetowej i zostało ono uznane za nieoficjalny teledysk.

Lost Keys (Blame Hoffman) to kontynuacja ostatniego utworu z poprzedniej płyty – Lateralus , a mianowicie Faaip De Olaid. Krótka konwersacja lekarza z pielęgniarką, o stanie pacjenta, który zażył LSD i „ponoć” miał bardzo dziwne przygody, które już za chwilę poznamy w utworze Rossetta Stoned Głównym składnikiem tego przedziwnego przerywnika jest sprzężenie na basie, raz wyższe, raz niższe oraz prosty patent gitarowy, który jest wstępem do następnego utworu.

Hoffman po zażyciu LSD i zjedzeniu kremowych ciasteczek czekał pod Strefą 51. I doczekał się, porwali go kosmici i miał zostać bohaterem, ale niestety wszystko zapomniał. Tak w skrócie przedstawia się historia pana Hoffmana. Muzycznie utwór jest bardzo rozbudowany i wielowątkowy, szybka, przesterowana melorecytacja wokalisty, dziwne elektroniczne dźwięki, a między tym wszystkim krzyk i „niespokojna” perkusja.

Intension odchodzi właściwie od klimatu płyty, jest bardzo spokojny i melancholijny, w całym utworze dominuje bas, pod koniec pojawiają się syntetyczne brzmienia perkusyjne.

Początek Right In Two w dalszym ciągu prowadzi nas w delikatne obszary naszej świadomości, pozwala się zrelaksować, jednak po chwili znowu wchodzimy w tajemniczy świat Toola. Wydaje się, że gitary w tym utworze płyną, ciekawym smaczkiem są orientalne instrumenty perkusyjne, których Danny Carrey używa nie po raz pierwszy.

Płytę kończy Viginti Tres, zbiór dziwacznych dźwięków, nie wiadomo skąd, spowolniony, przesterowany…

Zaraz po premierze, w internecie pojawiały się różne głosy, że płyta nie jest tak dobra jak poprzednie, właściwie nie dorasta im do pięt. Patrząc z perspektywy czasu, nie idzie się z tym zgodzić. Longplay jest dopracowany w każdym szczególe, zarówno brzmienie jak i produkcja są na najwyższym poziomie. Panowie z Toola „nie lecą w kulki”.
Płyta na pewno nie jest skierowana tylko dla stałych słuchaczy, myślę że spokojnie można od niej zacząć poznawanie Toola, który przynosi ogromną dawkę melodii, przesterowanych gitar, troszeczkę melancholii, a przede wszystkim mnóstwo energii.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.