Temat weny został mi podrzucony w miarę niedawno, choć często zastanawiam się nad tym bezprecedensowym stanem umysłu. Najgorsze są chwile, gdy tej wspaniałej weny nie ma, a trzeba pisać materiał na płytę. I co wtedy? Jak sobie z tym radzić? Nie  wiem, ale jak wiecie to dajcie znać!
Dwa razy podczas swojej „kariery” muzycznej miałem czas, w którym całkowicie i totalnie nie potrafiłem wymyślić dobrego riffu. Wszystko co wychodziło spod moich palców było totalnie do dupy i do niczego się nie nadawało. Przełom, dzięki któremu się odblokowałem nastąpił w momencie, gdy zacząłem nagrywać w domu własne numery. I wtedy powoli zacząłem się rozkręcać i powstało kilka naprawdę niezłych wałków, które może ujrzą jeszcze światło dzienne.
Drugi atak anty-weny nastąpił gdy zakończyłem współpracę z zespołem HOA. Mimo że ciągłe nagrywałem, to tak samo jak poprzednio, numery które próbowałem jakoś złożyć brzmiały jak wymyślone przez 5-letnie dziecko. Ten czas trwał bardzo długo i dopiero niedawno zacząłem pisać melodie, z których jestem zadowolony. Cóż więc mogę poradzić jako doświadczony anty-wenowiec? Nagrywać się. Wszystko. Układać, aranżować, wymyślać. Nawet te słabe rzeczy. Może w końcu objawi się coś i z tych słabizn da się zrobić naprawdę niezły numer.
Co jeszcze? Słuchać dużo muzyki. Dobrej muzyki, nie papki z Eski Rock, tylko szukać klimatycznie zbliżonych kapel na poziomie albo takich które łeb urywają. Znajomi radzą, żeby odłożyć gitarę na jakiś czas i później twórcze opcje wrócą. Na mnie to nigdy nie działało. Powiem Wam w tajemnicy, że najlepsze IMO numery, które udało mi się wyrzeźbić powstały z inspiracji konkretnymi numerami innych zespołów. Na przykład:

Powstało zaraz po wydaniu pierwszej płyty Vildhjarty, a konkretnie pod wpływem tego numeru:

Nie dajcie się anty-wenie i niszczcie ją w zarodku, to okrutny stan umysłu.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.