Siema. Zostałem oderwany od domowych obowiązków (namely, od grania w gre), aby napisać tego niusa. Co to oznacza? Ano, skoro już wołają mnie na pomoc do niusa o zwykłych wzmacniaczach, to musi to oznaczać, że te takie zwykłe jednak nie są. Co zacz? Już opowiadam.


Kojarzycie amerykańską fregatę USS Constitution? Tę samą, która zyskała sobie przydomek „The Old Ironsides”? Nie? Spoko, ja też nie. Pewnie dlatego, że zbudowali ją pod koniec XVIII wieku, a historia marynarki wojennej jakoś nigdy mnie nie interesowała. O co więc hałas? Ano o to, że Fenderowi ktoś pozwolił wyrzezać z niej kawał drewna tylko po to, żeby mógł z niego zrobić dwa wzmacniacze w swoim Custom Shop.

Nie powiem, wzbudziło to we mnie wzruszenie. Ramion. No ale skoro mógł Brian May z dębowej nogi od stołu, to czemu wielkie korpo miało by nie móc z czego tam se tylko chce?

Czy poza tym, że te wzmaki są obudowane – było, nie było – historycznym materiałem, wyróżniają się czymś szczególnym? Czy usłyszymy anielskie trąby w rytmie djent gdy podepniemy je do prądu? No, też nie. Są to najzwyklejsze Fender ’57 Pro oraz Fender ’57 Champ. Tylko brzydkie. I drogie, ponieważ za 26 wattowego Pro zapłacimy drobne 20 000 USD, a za 5 Watt, którymi dysponuje Champ – jedyne 10 000 USD.

Tak czy inaczej, jeżeli szukasz idealnego wzmacniacza do grania szant (nie mylić z „dźjęt”), to trzeba się spieszyć – drewna wystarczyło tylko na jedną sztukę każdego z modeli, a podejrzewam, że im starszy będzie ten dąb którym są obite, tym trudniej będzie je odkupić, jak już ktoś położy na nich swoje łapska.

Nie wiem jak wy, ale ja tu widzę pewną lukę w rynku – jeżeli ktoś ma namiary na biurko Charlesa Dickensa, to niech da znać. W nagrodę za informację wystrugam mu (bądź jej) kolekcjonerską paczkę 4×12 z rzeczonego mebla. A może nawet dorzucę drewnianego kogutka jak mi trochę materiału zostanie.


http://www.fendercustomshop.com/

O autorze

Człowiek-metalkor i Naczelny Propagator Grania Krzywo. A dej Pan spokój...