Jakoś tak wyszło, że nie było ostatnio TL;DR. Wynikło to trochę ze świątecznej i poświątecznej posuchy, a trochę z mojego lenistwa. Ale teraz, kiedy zimowe NAMM nie tyle wiszą w powietrzu, co w zasadzie pierdyknęły o glebę z pełną mocą, mamy czym zapchać niniejszy kącik. Zapraszam!


Mamy trochę do nadgonienia od początku stycznia, a działo się niemało. Postaram się więc skupić na najważniejszych wydarzeniach.

Coraz więcej polskich producentów zaczyna podążać za światowymi (i wcale nie nowymi) trendami – takowoż doczekaliśmy się headlessa od Mensingera, a także prototypowego bezgłówkowca od Mayo.

A skoro już o trendach mowa, nie można zapominać o postępującej tendencji do miniaturyzowania wszystkiego. Dzięki temu doczekaliśmy się nowych, miniaturowych preampów od Mooera, a także maciupkiego heada od Fryette. Do tego możemy sobie dorzucić jak zwykle uroczego VOX-a. Ale uwaga, te maleństwa mają 50 watt mocy! Podejrzewam więc, że mogą zabić. Swoje miniaturowe trzy grosze postanowił też do tej puli dorzucić Ibanez, ale kogo to tak na prawdę obchodzi?

Przechodząc do większego kalibru armat, mamy wypust od Peavey’a, który sygnowany jest ksywą takiej jednej bambaryły z Periphery. Podobno gra jak trzydzieści podpiętych szeregowo MetalZonów – mnie to zachęciło. Mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś zobaczyć na żywo (i bezlitośnie zniszczyć w recenzji). Swoje wzmaki przedstawił też mój ulubiony producent niewymiarowych barytonów. Ale umówmy się, że w przeciwieństwie do Mishowego Pevey’a są to raczej klasyczne konstrukcje. A jak ktoś chciałby te wszystkie potworki nagrywać direct, to może zawsze skorzystać z emulacji głośnika firmy Neunaber. Swoich wzmacniaczy nie zaprezentował za to Ibanez, ale nadal mnie to nie obchodzi.

Natomiast w kwestii tego co do wszystkich wymienionych wyżej urządzeń możemy sobie podłączyć, to hmmm… No jest tego od groma i trochę. Nie będę więc bawił się w zbędną retorykę i zostawię was po prostu z listą: Hagstrom, Framus, PRS, Cort. Stawkę zamyka Ibanez, który – jak zwykle – nadal nikogo nie obchodzi.

Ibanez nie obchodzi też już najwyraźniej Heada, który przestał być endorserem tej firmy i poszedł szaleć do LTD. No ale mogą się jeszcze pochwalić Thordendalem. Ba! Pokazali nawet na NAMM jego nową sygnaturkę! Żeby nie było za wesoło, pewnie będzie kosztowała tyle co niezły samochód. I to z salonu. Jeszcze a propos sygnaturek znanych i sławnych, to Devin Townsed dorobił się sygnowanej kosteczki od Mooer’a.

Wróćmy na chwilę na nasze rodzime podwórko, bo tutaj też są dobre nowiny (przede wszystkim nie ma Ibaneza). Swojej oficjalnej strony internetowej dorobiło się wreszcie BlacKat Guitars. Co prawda tylko po angielsku, ale niech tam. Można sobie wreszcie na spokojnie ich produkty pooglądać w jednym miejscu. A poza tym, endorserem PRS-a został nasz kolega Bartosz „Bazok” Zelek! Oby tylko nie namówili go na sygnowany baryton…

Z innych różności – na rynku cyfrowych symulatorów pojawił się nowy gracz o nazwie HeadRush. I najwyższa pora – od dawna czekam aż ktoś wyciągnie łapę i podbierze trochę rynku Line 6. Ale myślę też, że nie ma się co specjalnie obawiać nieznanego. Za tę zabawkę odpowiadają bowiem zawodnicy odpowiedzialni między innymi za 11 Rack.

A co tam słychać u starych zawodników czyli Gibsona i Fendera? Ano nic. Jeden zaczął robić chińskie gitary, a drugi wzmacniacze z XVIII-wiecznego okrętu…


O autorze

Człowiek-metalkor i Naczelny Propagator Grania Krzywo. A dej Pan spokój...