Cofnijmy się trochę w czasie, a mianowicie do późnej jesieni 2005 roku… Pogoda była równie paskudna jak dzisiaj, ale Allegro działało jak zawsze. Po kilkutygodniowych poszukiwaniach w końcu znalazłem swój wymarzony efekt i wygrałem licytację. W piątek grałem koncert ze swoją czadową kapelą Yellow Ledbetter przed już chyba zapomnianym zespołem Milczenie Owiec i chciałem zabłysnąć właśnie nową kosteczką. Niestety poczta polska jak zwykle zawiodła, a ja grałem tylko na metal złomie i chorusie Kody (wzmacniacz to nieśmiertelny LDM GA-100). Efekt przyszedł dopiero w kolejnym tygodniu. A był to właśnie bohater naszego dzisiejszego testu – Boss BF-2 w wersji tajwańskiej.

Historia

Boss BF-2 zastąpił w 1980 swojego poprzednika, Bossa BF-1. Roland zaczął przystosowywać swoje efekty do wymagań sceny, zmniejszał je i dostosowywał do wymagań muzyków. Ciekawostka, BF-2 miał być różowy! W ostatnim etapie produkcji zmieniono jego kolor na fioletowy, ale ponoć różowe egzemplarze istnieją i zapewne kosztują miliony. W 1990 roku wraz z przeniesieniem produkcji do Tajwanu, białe nakładki potencjometrów zastąpiły czarne. Łatwo więc odróżnić produkt japoński od tajwańskiego. Oczywiście krąży mnóstwo opinii, że tajwańczyki brzmią dużo słabo, niestety nie dane mi było to ocenić.

Wygląd

Czy tu coś trzeba pisać? Wszyscy się tak przyzwyczaili do designu Bossa, że właściwie stał się on synonimem kostki gitarowej. Ale niech będzie. Wesoła, pancerna i fioletowa obudowa z baterią ukrytą pod klapką, która zarazem jest włącznikiem. 4 potencjometry na obniżonej „półce” osłonięte przed niechcianą zmianą ustawienia. Input, output oraz wejście zasilacza. Koniec. Prościej i solidniej się chyba nie da.
Efekt jest w 100 procentach analogowy, ale nie posiada true bypassu jak wszystkie Bossy.
Kontrola efektu odbywa się za pomocą wspomnianych już potencjometrów. Depth regulujemy głębokość efektu, Rate – długość fali. Manual i Res odpowiadają za „gęstość” i długość wybrzmiewania (ciężko mi to opisać heh).

Brzmienie

Czego się można spodziewać podpinając to cacko? Są więc dwie opcje, obydwie opiszę.

ver. 1

Pierwszy flanger. Odpalamy na standardowych ustawieniach i już jest odlot. Dosłownie, brzmienie zaczyna wibrować i jakby uciekać od naszych uszu. Więcej depth i od razu dostajemy schizowe dźwięki prosto z Korna.
Ustawiając potencjometry odpowiadające za modulację poniżej połowy uzyskujemy chorus, dość zimny ale wciąż chorus. Maksymalna długość fali daje nam możliwość uzyskania efektu tzw. odrzutowca. Jest ogień.

ver. 2

Któryś tam flanger… Na pierwszy rzut ucha nie słychać po podpięciu że tnie sygnał. Na plus. Włączanie bez kliku (w końcu bufor ;)) również na plus. Odpalamy i… SZZZSszsszzsSZzzSzzSzSZzzzSzSZszzSzzzzzzzzzzzzSSSSSSSSSSZZZZZZZZZszSzSzSzZZSzzzz…
Sieje. I to dość nieprzyjemnie. Wniosek? Potrzebna nam bramka szumów. No to gramy. Brzmienie poprawne bez rewelacji, głębokość efektu jest w porządku, możliwości ukręcenia dość duże, ale przy dużej fali i głębokości brzmienie nabiera nieprzyjemnego metalicznego „posmaku” i robi się mocno sztuczne. Nasuwa się pytanie czy to aby na pewno analog? Odpalamy przester i kolejna niemiła niespodzianka, efekt nieznacznie aczkolwiek wyraźnie podbija sygnał. Niby nic, a jednak flanger plus boost wybija gitarę dość mocno w miksie. Do solówek ok, ale czy tylko solówki gramy na flendżerze?

Wyniki

Efektu wciąż używają różne tuzy muzyki rockowej czy popowej, bo ma on swoje jakieś tam brzmienie, które się podoba (np Adam Jones), ale dość mocno wątpię czy aby nie używają oni wersji modowanych, bo to dość powszechna praktyka w dzisiejszych czasach. Podsumowując, efekt to poprawna maszynka do poznawania i uczenia się jak działają efekty, wykręcimy na niej ciekawe brzmienie chorusowo – schizowo – flangerowo a i solówki nabiorą ciekawszych kształtów. Jednak do profesjonalnych zastosowań scenicznych polecam zakupić coś z wyższej półki za niewiele wyższe pieniądze.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.