Kilka lat temu byłem bardzo zainteresowany serią Iron Label wprowadzaną wówczas przez Ibaneza. W końcu czarny, prosty do bólu superstrat z mocnymi przetwornikami był w tamtym okresie moim marzeniem. Czas mijał, linia zyskiwała na popularności, dodawano do niej coraz więcej modeli. Kierowane głównie do metalowej muzyki instrumenty przestały mnie interesować. Aż do czasu…

Do czasu kiedy dowiedziałem się o planach dołączenia do szeregów Iron Label modelu RGD. Gitara z wydłużoną skalą, do tego w szałowych wykończeniach rodem z custom shopu, sensownym osprzętem, no i stałym mostem. Ponadto cena nie miała zabijać. Wszystko wydawało się takie piękne, ale jak to wyszło? Od paru miesięcy mam możliwość testowania obu gitar z tej serii i mogę już co nieco powiedzieć. Bohaterem dzisiejszej recenzji jest Ibanez RGDIX6MRW-CBF!

Próbki dźwiękowe sponsoruje Mariusz Lemański z zespołu FACTOR 8 😉


Specyfikacja:
Korpus: warstwowy – jesion z palisandrowym topem
Gryf: 3-częściowy klon/bubinga „Nitro Wizard”
Skala: 26.5″
Podstrunnica: klon „pawie oczko”
Progi: jumbo
Klucze: blokowane Gotoh MG-T
Most: Gibraltar Standard II
przetworniki: DiMarzio Fusion Edge

Pierwsze wrażenia
Na pierwszy rzut oka gitara jest bardzo ładna i wygląda wyjątkowo oryginalnie. Przywodzi na myśl drogie, lutnicze instrumenty, dedykowane do modern metalu i pochodnych gatunków. Tak jest tylko pod jednym warunkiem – kiedy patrzymy na gitarę z daleka. Z bliska jednak już tak różowo nie jest. Nie wiem, czy to kwestia egzemplarza, ale wykończenie w tym modelu stoi na bardzo niskim poziomie. Wiem też, dlaczego w specyfikacji na stronie jest napisane „Layered Ash body”. Mamy tutaj bowiem do czynienia z korpusem złożonym z wielu kawałków. Zatem budowa gitary faktycznie jest warstwowa – mamy przynajmniej trzy kawałki jesionu wykorzystane na tył instrumentu. Przód przykryto palisandrowym „topem” grubym na 1mm, więc ciężko stwierdzić z ilu jest części. Wygląda to trochę jakby ktoś sprasował europalety i poskładał z tego instrument.

Kolejnym mankamentem jest fakt, że drewno w wielu miejscach nie jest do końca wykończone. Przez to na kilku krawędziach gryfu i na boku główki pod palcami czujemy wyjątkowo szorstki materiał, co raczej nie powinno mieć miejsca. Można tutaj zapewne winić szybką produkcję dużej ilości egzemplarzy z racji sporego zainteresowania serią, ale są to jedynie moje domysły.

Dobre wrażenie robi tutaj za to efektowne frezowanie korpusu oraz klonowa podstrunnica. Trzeba przyznać, że kolorystyka i sam design gitary są dobrze przemyślane – chociaż niektórzy widzą tutaj dużą inspirację marką Kiesel Guitars – ale to akurat kwestia gustu. Ponadto do gitary ładowany jest dobry osprzęt: mamy tutaj blokowane klucze Gotoha i przetworniki DiMarzio, co jest dużym plusem.

Wygoda gry i brzmienie.
W zasadzie od zawsze gryfy w Ibanezach RG z nieco wyższej półki były dla mnie synonimem wygody. RGDIX6MRW niestety posiada konstrukcję nazwaną przez producenta „Nitro Wizard”, która już od samego początku istnienia serii Iron Label nie była dla mnie szczytem ergonomii. To oczywiście kwestia preferencji, ale gryf taki jest nieco grubszy i bardziej zaokrąglony, niż w Wizardach znanych z innych modeli. Ponadto jego wykończenie sprawia, że kciuk nie przesuwa się po nim zbyt płynnie.

Do nieco wydłużonej skali można się bardzo szybko przyzwyczaić – w końcu nie jest to jakiś ogromny przeskok. Nad przystosowaniem prawej ręki do mostka jednak spędziłem trochę więcej czasu, gdyż jestem zwolennikiem nieco mniej „kanciastych” i wystających konstrukcji. W każdym razie Gibraltar jest zbudowany bardzo solidnie i jest prosty w obsłudze.

Gitara po wyjściu z fabryki progi nabite ma standardowo… czyli średnio dokładnie. Przydałby im się zatem szlif i dokładny setup u lutnika, gdyż w takim stanie ciężko osiągnąć tutaj zadowalającą akcję strun bez zbędnych kompromisów.

Po ustawieniu gitary i dokładnym sprawdzeniu można przystąpić do testów brzmienia. Z samej deski instrument odzywa się stosunkowo sucho, niezbyt równo i głośno. Słyszymy w zasadzie „sam drut” i brzęczenie strun. Zapewne jest to spowodowane wykorzystanymi materiałami do budowy korpusu. Na szczęście po podłączeniu gitara odzywa się znacznie lepiej. Zastosowane pasywne pickupy DiMarzio Fusion Edge na magnesach ceramicznych robią robotę i zapewne świetnie sprawdzą się w nowoczesnym metalu. Pickup mostkowy jest klarowny, „ostry” i dobrze wyłapuje artykulację nawet na mocniejszym gainie w niższych strojach. Przetwornik pod gryfem jest trochę bardziej bezpłciowy, ale jego w miarę „okrągłe” i ciepłe brzmienie spokojnie nada się nawet do bluesa i lżejszych odmian muzyki.

Poniżej kilka próbek dźwiękowych od kanału czystego, przez low gain, po high gain – na różnych konfiguracjach pickupów. Łańcuch sygnału: Ibanez RGDIX6MRW > Marshall JVM410H > Marshall 1960A > Shure SM57.




Podsumowanie
Ciężka sprawa z tą gitarą. Teoretycznie zapowiadał się killer. Samo brzmienie, wygląd i osprzęt gitary przemawiają jak najbardziej na plus. Jednak słabe wykonanie instrumentu, niedbałość o szczegóły i materiały kiepskiej jakości wszystko niweczą. Nie wiem oczywiście, czy po prostu nie trafiła mi się słaba sztuka, a jak wiadomo tak też bywa. Zatem czy warto kupić taką gitarę? Dodam tylko, że jej cena oscyluje w granicach 3500 zł.

No cóż… Jakby nie było: sensownych barytonów sześciostrunowych na naszym rynku jak na lekarstwo, więc to i tak dość sensowna propozycja warta rozważenia.

7.0 Fajny baryton, ale kiepsko wykończony
  • WYGLĄD 9
  • JAKOŚĆ 4
  • GRYWALNOŚĆ 7
  • BRZMIENIE 8
  • CENA 7
  • Oceny użytkowników (0 Głosów) 0

O autorze

Z wykształcenia kulturoznawca i dziennikarz. Na co dzień sprzedawca w muzycznym i kanapowy grajek.