Miliony lat temu, gdy mama gasiła mi światło w pokoju o 22 i kazała iść spać, bo rano do szkoły, przeglądałem Allegro z wypiekami na twarzy szukając coraz to innych i ciekawszych kostek gitarowych. Śliniłem się na Bossy, EHXy i MXRy, bo kwoty za które były sprzedawane rzadko kiedy dochodziły do mojej wyobraźni. Kilka lat później tak samo przeglądałem Thomanna i widząc te wszystkie piękne barytony, szóstki, siódemki, Schectery, Ibanezy i ESP śliniłem się jeszcze bardziej. Nigdy nie sądziłem, że nadejdzie dzień, w którym będą mógł testować i oglądać z bliska dużą część tych gitar.  Ten dzień jednak nadszedł i do moich drzwi zawitał kolejny wielki karton od Mega Music, w którym siedziały dwie ślicznotki. Jedna z nich to Banshee-6P (o aktywnym odpowiedniku możecie poczytać tutaj – Schecter Banshee-6A), a druga, to bliźniaczka Schecter KM-7 z mniejszą ilością strun, czyli… Schecter Keith Merrow KM-6!

Bez marudzenia przechodzę do specyfikacji:
1

Konstrukcja: set in
Korpus: jesion bagienny
Top: klon falisty
Szyjka: klon, 3 części,
Podstrunnica: heban
Skala: 25,5″
Binding: korpus-szyjka-główka, wieloczęściowy
Radius podstrunnicy: zmienny, 12″-16″
Profil gryfu: ultra thin „C”
Grubość gryfu I/XII: 19/20mm
Siodełko: Graph Tech Tusq
Szerokość siodełka: 42mm
Most: Hipshot
Progi: 24 X-Jumbo, stal nierdzewna
Przetworniki: SD „Blackened” Black Winter set
Elektronika: 3-way, master volume + push-pull
Klucze: blokowane, Schecter
Markery: naprzemienne + luminlay
Wykończenie przód: trans white satin
Wykończenie tył: trans black satin
Waga: ~3,5kg
Sugerowany detal: ~4500 zł

AKT I
Tak bardzo odzwyczaiłem się od gitar sześciostrunowych i szczupłych gryfów, ze jak biorę do ręki zgrabną szóstkę, to aż mi jakoś dziwnie się robi. Za mało? Za chudo? Za cienko? Na szczęście to wrażenie dość szybko mija. Przed sobą mam ponownie przepiękna gitarę. Genialny transparentny, satynowy klon falisty na topie, z tyłu z kolei przebijają się przez czarny lakier słoje jesionu. Wokół archtopowego korpusu wytyczony czarny binding z trzema białymi paskami w środku. Most Hipshot i pickupy Seymour Duncan z prostą elektroniką dopełniają całości. Dalej już tylko gryf doskonale wpasowany w korpus ze świecącymi markerami bocznymi i odwrotnymi markerami na hebanowej podstrunnicy. Na główce znajdziemy oczywiście sześć blokowanych kluczy i autograf Keitha. Czego więcej trzeba do szczęścia?
AKT II
Co oprócz oczywistej liczby strun odróżnia wersję sześcio od siedmiostrunowej? Chyba można zacząć od spraw niewidocznych, KM-6 nie posiada grafitowego wzmocnienia gryfu. Wydaje mi się, że nie wpłynie to w żaden sposób na funkcjonalność gitary, szóstki mniej obciążają gryf naciągiem niż siódemki. Sprawa druga to oczywiście przetworniki, stworzone specjalnie do tej gitary wersje Black Winter – Blackened, całkowicie czarne, łącznie z rdzeniami. Nie powiem,wyglądają lepiej niż klasyczne SD, a nawet lepiej niż zapuszkowane Nazgul i Sentient. Tyle z nowości.
AKT III
Biorę po raz kolejny do ręki ów instrument i… Mógłby u mnie zostać. Świetnie to leży w łapie, swoje waży, ale zarazem dobrze czuć obok siebie kawał drewna. Instrument jest przewygodny, na gryfie się nie gra, a dosłownie się lata tam i z powrotem. Na pewno swoje daje satynowe wykończenie i profil „ultra silm”. Gdzieś w internetach przeczytałem, że w gitarze znajdziemy profil „U” jak w LTD… Nie wiem kto to wymyślił, ale chyba był mocno pijany. Gitara przyjechała do mnie z wyjątkowo dobrze ustawioną akcją i ugięciem gryfu, przez co nie musiałem niczym kręcić.
Czy powinienem się do czegoś przyczepić? A i owszem. Schecter niestety przyzwyczaja nas do niedoróbek więc i tym razem gitara się bez nich nie obeszła. Choć jest ich bardzo mało, dopatrzyłem się jedynie kilku niewielkich zacieków białego lakieru w okolicach gryfowego przetwornika na bindingu gryfu i we frezie na pickup i podobnie jak w siostrzanej siódemce niedokładnego nałożenia lakieru w pobliżu lamówki korpusu.
AKT IV
Dotarliśmy do momentu w którym zawsze dostaję przysłowiowej sraczki. Tym razem jednak uda mi się zejść z pola bitwy z tarczą, a nie na tarczy. Specyfikację gitary każdy widzi i wiadomo czego możemy się spodziewać po połączeniu klonowego gryfu z hebanową podstrunnicą. Do tego dość ostrego brzmieniowo połączenia dostaliśmy na deser set pickupów, które nazwałbym Seymour Duncan Distortion SH-6 na turbo sterydach. Bardzo ostro, mega solidnie zaznaczone wysokie pasmo, do tego tony gainu, dosłownie tony. Osobiście bym się nie porwał na takie połączenie. Wydaje mi się, że podobnie jak w wersji 7, Nazgul lepiej by tu usiadł. Gitara dużo lepiej sprawdzi się z ciemniejszymi wzmacniaczami, czy też kolumnami z głębokim basem. Oprócz ultra high gainowego brzmienia dostajemy też rozłączane ceweczki, dzięki którym możemy zapuścić się w dość nieokiełznane dla metalowego wymiatacza rejony, z resztą, posłuchajcie sami….

 

AKT V

Jestem mocno rozdarty jeśli chodzi o finalną ocenę tegoż instrumentu. Przede wszystkim dlatego, że waluty zwariowały i cenowo nie stoi on tak dobrze jak powinien. Nie będę się powtarzał – to doskonały instrument, zarówno na scenę jak i do studia. Nie każdemu podpasują przetworniki – dość specyficzne, ale jako całość spełnia swoje zadanie wyśmienicie.
7.8 NOWOCZEŚNIE
  • WYGLĄD 9
  • JAKOŚĆ 7
  • GRYWALNOŚĆ 9
  • BRZMIENIE 8
  • CENA 6
  • Oceny użytkowników (0 Głosów) 0

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.