Zasilanie efektów gitarowych zazwyczaj nie jest problemem. Do momentu gdy mamy dwa efekty wszystko idzie jak z płatka. Ale gdy dochodzą kolejne i kolejne, a w listwie nie mieszczą się nam już kompaktowe zasilacze zaczynamy myśleć, kombinować i szukać.

Na dzisiaj oferta sklepów jest bardzo szeroka. Ale jeszcze kilka lat temu można było kupić Tatarka albo no-name w sklepie elektronicznym, z ośmioma tysiącami wtyków, w których kabel psuł się po miesiącu. Jakiś czas później na rynku pojawiła się elastyczna oferta firmy Tomanek, z której to kilka razy korzystałem, a niedawno pojawił się u mnie taki rarytas – Tomanek Case – 1. Przyjeżdża do nas w ekologicznym kartoniku. W pudełku znajdujemy instrukcję z gwarancją i oczekiwany przez nas zasilacz.

Zestaw składa się z opisywanego urządzenia, kabla zasilającego i dziesięciu przewodów.

Obudowa zasilacza jest bardzo prosta, z wytrzymałego plastiku, posiada opis techniczny sprzętu i wszystkich wyjść.

Ważna sprawa dla mnie, możliwość bezinwazyjnego montażu rzepa do boarda. Łatwo, szybko i przyjemnie.

O podłączeniu zasilacza do prądu informuje nas zielona dioda umieszczona obok gniazd. Podobnie jak w najnowszej serii PODów, nie ma włącznika, dla jednych plus, dla innych minus.

Oprócz standardowych ośmiu przewodów z wtykami 5,5/2,1, dostajemy też jeden typu mały jack (do starego typu efektów, np DOD) oraz złączkę do baterii – jeśli nasz efekt nie posiada wyjścia na zasilanie zewnętrzne. Z tego co się orientuje można też dobrać rodzaje wtyków i długości przewodów (standardowo 0,5m) do własnych upodobań.

Po podpięciu 6 stomp-boxów zasilacz nie zająknął. 1800 mA zaspokoi spokojnie osiem prądożernych efektów. Zasilacz nie generuje szumów, brumów i innych cudów. Pracuje wyśmienicie.

Urządzenie posiada stabilizatory napięcia oraz zabezpieczenia przeciwzwarciowe i antytermiczne. Co to znaczy? Tylko tyle, że do naszych kochanych efektów leci idealny prąd o napięciu 9V, gdy dotkniemy „plusem” zasilacza do obudowy to nic się nie stanie, a i przegrzać się go nie da. Taki bajer.
Jest to podstawowa wersja zasilacza typu „CASE”, kolejne opcje posiadają wyjścia z innymi napięciami, oddzielne sekcje zasilania dla efektów przed i po preampie, czy też zasilanie prądem przemiennym. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił. Potencjalnych kupców może odstraszyć plastikowa obudowa. Tylko dlaczego? Wszystkie zasilacze kompaktowe mają plastikowe obudowy i jakoś nikt na to nie zwraca uwagi. Producenci tacy jak Voodoo Lab czy T-Rex przyzwyczaili nas do metalowych obudów, ale wydaje mi się to mało konieczne. I przede wszystkim generuje koszty.

O autorze

Uzależniony od coli bez cukru fanboy siódemek barytonowych i Batmana.