Dobry. Kupiłem sobie kiedyś taką gitarę i nawet miałem napisać reckę jak ją jeszcze posiadałem, ale na skutek rozmaitych życiowych zawirowań, piszę dopiero teraz. Raptem 3 lata opóźnienia, wielkie mi rzeczy.

Tak czy srak, za dokonany zakup zostałem kolektywnie wyśmiany, bo i wiosło wyglądało dość nietypowo.

Uprzedzając fakty – jest to stary japoński produkt. Z numeru seryjnego wywnioskowałem, że gitka powstała w okolicach roku 1980. Dokładnej historii fabryki Matsumoku Japan nie będę w niniejszym tekście przedstawiał, bo i pewno byście wszyscy z nudów umarli, taka jest długa i zawiła. Dość powiedzieć, że najpierw robili maszyny do szycia, potem skrzypce, a na końcu zajęli się gitarami. Matsumoku Plant było głównie podwykonawcą dla większych producentów, takich jak Ibanez, Epiphone, Aria i jeszcze paru innych, mniej lub bardziej znanych. Któregoś razu kierownictwo pomyślało, ze fajnie byłoby mieć swoją własną markę – i voilla – Powstała cała seria znakomitych instrumentów z logo Vantage. Nie mylić z dzisiejszymi Vintage, ani z Vantage budowanymi później w Korei.

Opisywany dziś model, VS­650 nazwę zawdzięcza rzekomo… cenie. Ot, wygodna metoda nadawania nazw i bardzo słuszna koncepcja. Zamiast wymyślać przydługie nazwy typu „Interceptor”, „Intrepid”czy inne „Flying Vagina”, jebnijmy sobie pierwszą literkę marki, pierwszą literkę serii (student) i cenę (niestety, nie pomnę o jaką walutę chodziło, zdaje się że po tyle retailowały w dolarach amerykańskich). Bardzo utylitarnie. Lubię to.

No właśnie, utylitarnie. Ogólnie cała gitara zdaje się krzyczeć „Jestem funkcjonalna! Używaj mnie!”. Wygląd zszedł tu na zdecydowanie dalszy plan. Wiosło wygląda jak wygląda, co poniekąd tłumaczy salwy śmiechu wybuchające tu i ówdzie po jego publicznej prezentacji. Tu należy dodać, że ta sztuka jest jakoś wyjątkowo pechowa, poklejona z dużej ilości fragmentów. Zazwyczaj „skrzydła” w tym pseudo­NTB były wykonane z pojedynczych kawałków drewna, często bywał to nawet klon falisty. Tutaj wyszło jak wyszło. No bywa.

Jak już się człowiek opatrzy to nawet nie wygląda ten sprzęt tak źle, można się przemóc i wziąć to to do ręki. I tu wychodzi kolejne ciekawe jajo. Wiosło jest zbudowane tak, jakby miało być NTB. OK. Taki koncept, nie czepiajmy się, jest to zrobione całkiem solidnie. Natomiast nie jestem w stanie zrozumieć, czemu pomimo tego, że jest zbudowane z litego klonu, przetykanego litym orzechowcem, ma tak diabelnie lekki korpus. Dosłownie – jak z tektury. Efekt jest mocno przewidywalny – wiosło leci na łeb jak głupie, utrzymywanie go we właściwej pozycji to zajęcie na cały etat i najlepiej grać na nim na siedząco. Oh well.

No dobra, po wstępnej analizie wiemy już, że gitara jest totalnie niewyważona i wygląda tak jak tylko potrafi. No ale jak to ogólnie jest poskładane? Ano, tutaj nie mam za wiele do zarzucenia. Wykonanie jest świetne. Właściwie wszystko – od klejeń poszczególnych elementów, poprzez spasowanie siodełka, aż po nabicie i szlif progów stoi na turbo­wysokim poziomie. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej ani kiedykolwiek później posiadał gitarę, na której można było wykręcić tak niską akcję struny. Gryf to też istny majstersztyk – jak sobie go pomierzyłem w newralgicznych punktach, to wyszło, że wymiarowo zgadza się mniej­ więcej z Wizard Prestige u Ibaneza. Naprawdę fajny, sportowy patyk. I pamiętajmy, że to był kiedyś model budżetowy. Również osprzętowi nie mam nic do zarzucenia – ot prosty mostek hard­tail, do tego jakieś olejowe klucze nieznanej marki, ale bardzo solidne (GOTOH maybe?). Nastrojona raz stroi przez długi czas i to tyle w temacie. Wrażenie ponownie psuje korpus, który jest płaski jak naleśnik i nie pozwala za bardzo znaleźć punktu zaczepienia dla prawej ręki. I skoro ja już na to narzekam, to musi być słabo. Za to dzięki znacznej szerokości wymusza wyprostowaną postawę gdy siedzimy z tym instrumentem na kolanach. Zacnie.

No, to już sporo wiemy: że gitara jest stara, że ma fantastyczny gryf i z*ebany korpus i że ktoś ją bardzo pieczołowicie wykonał. To teraz sobie postepujemy o malarstwie czyli porozmawiamy o brzmieniu.

Jak już wszyscy zapewne wiecie (a kto nie wie, ten zaraz się dowie), w dobie cyfrowych symulacji i zaawansowanej post­produkcji, KLUCZOWE znaczenie ma to, jak gitara gra z deski. No i nie gra źle ­ bardzo jasno, z wyraźnym „strzałem” czy jak kto woli – „uwypuklonym atakiem”, ­ w zasadzie nie wiem czego spodziewaliście się po takim połączeniu drewien. Choć klon ponoć potrafi być zdradziecki i zamulić znienacka. Prawie jak ja na balandze. Ale dygresje na bok. Sustain ma toto taki sobie – ani za długi, ani za krótki, wybrzmiewa wyraźnie i do końca, a jak przyłożymy ucho tuż za mostkiem i szarpniemy strunę, to słychać jak wszystko w niej wyje. Jest fajnie.

Co do tego mniej ważnego brzmienia, czyli na wzmaku/POD­zie/VST­kach/tamburynie, to niestety, nie dane mi było potetować oryginalnych pikapów, które ponoć powstawały we współpracy z DiMarzio (mooocnooo niepotwierdzone info) i grały tak „że­o­ja­cię­p… ogłaszczę”! Skoro były tak dobre jak głoszą legendy, to nic dziwnego, że gdzieś po drodze znalazły swego amatora, a gitara dotarła do mnie z chińskimi, zapuszkowanymi „Epifonami”. Źle nie grały, ale jako fan cięższych brzmień, wsadziłem jej pod most Schallera Hot Stuff. I wiecie co? 10 out of 10, would djent. Przynajmniej na tyle na ile pamiętam.

I to by było w zasadzie tyle, jeżeli chodzi o moją przygodę z gitarkami produkcji Matsumoku. Gitarę nabyłem na przebiedowanie i jak już stanąłem na nogi, to puściłem ją w świat, aby nabyć coś innego, nie pamiętam już zresztą nawet co. Wspominam bardzo miło, głównie ze względu na fantastyczne wykonanie, ale zdecydowanie nie polecam nabywania tych instrumentów, bez uprzedniego ogrania, zwłaszcza jak nie lubisz gdy koledzy się z Ciebie śmieją, że masz brzydką gitarę.

I tym oto optymistycznym akcentem, zakończmy tę wspaniałą wycieczkę w przeszłość.

Wpisujcie miasta.

A na deser, jak zwykle, specyfikacja:
Konstrukcja: bolt-­on
Korpus: laminowany, klon/orzech
Gryf: laminowany, klon/orzech
Podstrunnica: rosewood, 22 progi
Menzura: 25,5”
Most: hardtail
Klucze: układ 3+3, olejowe, nieznanej marki
Elektrownia: 2x humbucker, 2x Vol, 2x Tone, 1x piprztyk do rozłączania cewek

7.8 DUM-DI-DUM!
  • WYGLĄD 5
  • JAKOŚĆ 9
  • GRYWALNOŚĆ 8
  • BRZMIENIE 9
  • CENA -
  • Oceny użytkowników (0 Głosów) 0

O autorze

Człowiek-metalkor i Naczelny Propagator Grania Krzywo. A dej Pan spokój...