Czekałem na ten koncert od 2004 roku. Od chwili gdy pierwszy raz usłyszałem Thirteenth Step i remiksy Danny’ego Lohnera. Weak and Powerless w aranżu Wesa Borlanda. A później Mer De Nomes. Poznawane po jednym numerze. Youtube’a nie było. Spotify nie było. Wszyscy wiemy skąd się brało nową muzykę.


Przejdźmy do rzeczy. Wyjazd do Krakowa zapowiadał się całkiem nieźle.

3,5 godzinki, zero korków. Po zajechaniu do Sebeła dostałem propozycję wypadu do Grubej Buły na burgera (tak na marginesie – mega polecam, to co tam chłopaki czarują to istna wołowina magia). Po posiłku wyruszyłem na Tauron Arenę. Zaopatrzyłem się w bilet Early Entrance, więc stanąłem w kolejce do wejścia drugiego i pomarzłem chwilę zanim wszedłem. Swoją drogą, odradzam serdecznie przepłacanie za wcześniejsze wejście. Dostałem opaskę na łapę i… Tyle.

Po 20 na scenie stanęło Chelsea Wolfe:

Nie wiem czy znacie, może lubicie. Mi nie weszło absolutnie. Co na plus? Dialog, który usłyszałem tuż za mną:

– Czujesz?
– No, ktoś pali.
– I się nie podzieli.


O 21.15 rozpoczął się TEN KONCERT. Ale zanim panowie wystartowali na scenie, dostaliśmy kilka razy komunikat z prośbą o nienagrywanie filmów i nierobienie zdjęć w trakcie występu. Kilku „mega” dziennikarzy zdążyło już to uznać za gwiazdorstwo – co pozostawię bez komentarza. Na razie.

EAT THE ELEPHANT

Od pierwszych dźwięków tytułowego numeru z nowej płyty wiedziałem, że będzie dobrze. Maniek w doskonałej formie wokalnej. Co może świadczyć, a raczej na pewno świadczy o dwóch rzeczach:
1. Dużo trenował ostatnimi czasy.
2. Nowy TOOL będzie ZAJEBISTY.

DISILLUSIONED

Drugi singiel z ETE tylko potwierdził to co już słyszeliśmy wcześniej.

THE HOLLOW

Tutaj się zaczęła jazda bez trzymanki. Ludzie DOSŁOWNIE odpłynęli w muzykę. Totalny trans.

WEAK AND POWERLESS

Jeden z moich ukochanych numerów. Zaraz przed albo po Maynard się z nami pięknie przywitał dziękując za przybycie. Miło z jego strony.

ROSE

Kolejny klasyk z pierwszej płyty.

PEOPLE ARE PEOPLE

Nie jestem fanem Depeszów, eMOTIVe to też nie jest moje ukochane dzieło, ale na żywo piknie zadziałało.

VAINISHING

BLUE

Powrót do TS. Mega czad, że zrobili przekrój całej twórczości. Z drugiej płyty zabrakło mi jedynie The Outsider.

THREE LIBRAS (All Main Courses Mix)

W zasadzie wiedziałem, że nie grają jednego ze swoich największych hitów w oryginalnej wersji, ale po cichu liczyłem, że jednak usłyszę znajome akordy. No i nie usłyszałem. Wolę oryginał.

THE NOOSE

Na to czekałem. I chyba nie tylko ja. CIARY. WSZĘDZIE.

W tym momencie nastąpiła totalna ekstaza widowni. Ciężko to opisać. Do tej pory nie wspominałem o jeszcze jednej ważnej rzeczy, mianowicie o światłach i grafikach, które się pojawiały. Wszystko tak idealnie współgrało i dodawało całości magicznej otoczki, że chyba lepiej się nie da.

TALK TALK

Trzeci singiel z ostatniej płyty wszedł jak absolutne masełko.

HOURGLASS

Czekałem na ten numer z zajebistym synthowym początkiem. Doskonale się sprawdza na koncertach.

(WHAT’S SO FUNNY ‚BOUT) PEACE, LOVE AND UNDERSTANDING

Tutaj warto zaznaczyć, że cały numer odśpiewał Billy, który również jest w zajebistej formie wokalnej.

THE DOOMED

Pierwszy singiel z czwartej płyty. Charakterystyczny patent na bębnach doskonale rozruszał publikę, co miała kontynuację w:

COUNTING BODIES LIKE SHEEP IN THE RHYTM OF THE WAR DRUMS

Nie lubię tego numeru i zawsze go przełączam, ale na żywo wszedł naprawdę nieźle.
I zaraz po nim wydarzyło się coś ciekawego. Większość kawałków się jakby nie kończyła i przechodziła w kolejny, ewentualnie był jakiś wstęp, delay, loop. Po tym numerze nastała cisza. Miałem przerzucie…
I chyba nie tylko ja. Delikatne światło poleciało na perkusistę i dało się zauważyć charakterystyczne gesty „ćwiczebne” uderzania w werbel. Domyślacie się? Jeden typ pod sceną już wiedział i w tej prawie absolutnej ciszy wydarł się:

JUDITH!!!!

Billy zamarł. Spojrzał i zaczęli. Ponownie EUFORIA. Wszyscy czekali na sławetne F*CK YOUR GOD. Ja również się darłem. Czekałem na to bardzo długo.

Magię tego koncertu odczuwali chyba wszyscy, panowie na scenie również. Po Judith Maynard przedstawił wszystkich muzyków (oprócz siebie). Panowie jeszcze raz podziękowali za przybycie w ten zimowy, śnieżny wieczór.

Kolejny numer przedstawili jako hołd dla wszystkich artystów, którzy odeszli w ostatnich latach. Jako, że nie mogą nagrać wszystkiego, padło na AC/DC i Malcolma Younga, o czym już pewnie wiece.

DOG EAT DOG

THE PACKAGE

Pierwszy numer z drugiej płyty to w zasadzie deser, który zawiera wszystko to co kochamy w APC. Miażdżący, rytmiczny riff, zajebisty wokal i melancholię.

DELICIOUS

Finał. Maynard jeszcze raz podziękował wszystkim za przybycie. Na koniec panowie zaprosili wszystkich do zrobienia pamiątkowego foto/video. Podziękowali za uszanowanie ich prośby. Osobiście uważam, że publika zachowała się świetnie w 99,9% respektując ich prośbę. Koncert bez świecących telefonów w tle był taki jak powinien być, pełne skupienie na muzyce, szacunek do muzyki, muzyków jak i wszystkich słuchających. Gwiazdorzenie? CHYBA NIE.

Na koniec Billy również podziękował, stwierdził że strasznie długo czekaliśmy na nich, ale się w końcu udało. Na koniec przyłożył rękę do piersi i uklęknął albo się pochylił – nie widziałem dokładnie. Ale był to naprawdę miły gest w stronę publiczności.

Co jeszcze? W trakcie koncertu pojawił się symbol gwiazdy Dawida (przynajmniej jej kształt) wraz z piramidą NWO – taka ciekawostka.

Eat The Elephant to zdecydowanie płyta koncertowa. Doskonale się sprawdza na żywo, 100 razy lepiej niż w zaciszu domowym i sterylnych studyjnych warunkach.

Akustyka – był to mój pierwszy koncert w Tauron Arenie. Support wypadł naprawdę blado jeśli chodzi o brzmienie. APC dużo, dużo lepiej. Choć np. w The Package charakterystyczny bas był mocno schowany – trochę mi tego brakowało. Z kolei gitary miały sporo dołu. Przypuszczam, że to dla wyrównania całości, bo wysokie pasmo w Chelsea Wolfe było tragiczne, niszczyło uszy. Na APC już tego nie uświadczyłem. Wokale były za to perfekcyjnie brzmiące. Miód na uszy.

Podsumowując – jeżeli jesteś fanem APC i nie przyjechałeś/aś, to straciłaś/eś mega widowisko. Świetny koncert, wspaniała energia, piorunująca atmosfera. Nie było przypadkowych ludzi. Wszyscy wiedzieli po co przyszli.
(No dobra, może jeden gość nie wiedział, stał koło mnie i kręcił palcem jak na wiejskiej potańcówce, żeby tego było mało, tyłem do sceny.)

Bez wątpienia był to jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem, a na pewno najpiękniejszy. Mam nadzieję, że jeszcze wrócą.


O autorze

Zostaw komentarz